Zabójcze kontrakty
Dodano:
Sposobów jest kilka, ale efekt ten sam: zrujnowana firma
Klientom Lukas Banku, Invest Banku i Eurobanku nazwa Matik nic nie mówi. A powinna. Wnętrza większości oddziałów tych banków są dziełem tej niewielkiej poznańskiej firmy, która wyspecjalizowała się w robotach wykończeniowych. Półtora roku temu przed Przemysławem Szymańskim, młodym szefem Matiku, pojawiła się szansa na zarobienie dużych pieniędzy. Miał zostać podwykonawcą Warbudu przy budowie poznańskiego osiedla mieszkaniowego. Podpisał umowę. Dziś po jego firmie nie ma śladu, a jeden z jego zdesperowanych współpracowników odebrał sobie życie.
Przegrana w debiucie
Zgodnie z kontraktem Warbud miał zapłacić firmie Szymańskiego z góry ustaloną kwotę. - W trakcie budowy okazało się, że ilość stali w projektach i kosztorysach, które Matik otrzymywał od Warbudu, jest za mała. - Żeby skończyć budowę, musiałem wyłożyć 330 tys. zł na dokupienie stali, której zabrakło. Pieniędzy nie odzyskał do dziś.
Do tego doszły inne problemy. - Część robót, które mieliśmy wykonać, Warbud zrobił samodzielnie. Inwestor zakwestionował ich jakość, a nas zmuszono do zrobienia poprawek. Oczywiście na nasz koszt - wyjaśnia przedsiębiorca. Maciej Modrowski, od niedawna szef Regionu Zachód w Warbudzie, nie widzi problemu. - Firma Matik najpierw podpisała kontrakt, a potem policzyła, że jest to dla niej nieopłacalne. My nie mamy sobie nic do zarzucenia, wszystko odbyło się zgodnie z prawem - uważa Modrowski.
Inaczej sprawę ocenia Przemysław Szymański. - Mamy podstawy sądzić, że inwestor i generalny wykonawca chciał zrealizować inwestycję poniżej faktycznego kosztu wykonania. Można przypuszczać, że w projekcie celowo zaniżono wartość budowy. Brak właściwej dokumentacji ułatwił zadanie. Szymański utrzymuje, że Warbud szukał dla inwestora firmy, którą da się naciągnąć.
- Świadczy o tym chociażby to, że Warbud najpierw podpisał umowę z moją firmą, a dopiero potem parafował kontrakt z inwestorem - wylicza Szymański. Straty, jakie poniósł na budowie osiedla, oszacował na 660 tys. zł. Jego firma już nie istnieje.
Lista przebojów
- Takie postępowanie to standard
- sprawę Matiku kwituje Edward Szwarc, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa i prezes Instalexportu Warszawa, kiedyś dużej firmy budowlanej. Jego ciasne biuro przy ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie mieści się w gmachu z czasów gomułkowskich. Z okien widać niewiele, ale wystarczająco dużo, aby wskazać kilka budynków, których podwykonawcy zostali wystawieni do wiatru przez inwestorów albo głównych wykonawców. Tak było w przypadku jednego z biurowców TP SA. - To jest system kaskadowy. Inwestor zatrudnia generalnego wykonawcę, ten znajduje podwykonawców, a gdy przychodzi moment zapłaty, szuka pretekstu, by jej uniknąć - mówi Szwarc, nerwowo obracając w ręce wizytówkę. Za kilka dni czeka go walne zgromadzenie, a Instalexport ma akcjonariat pracowniczy. Jak twierdzi wiceprezes - wyjątkowo wymagający. Szwarc po raz kolejny będzie musiał tłumaczyć, jak to możliwe, że tak doświadczona firma zaplątała się w budowę hotelu Hyatt. Instalexport wykonał część nośną budynku, jednak Cosmar, włoski inwestor i powiązany z nim generalny wykonawca odmówili zapłaty. - Według różnych wyliczeń, powinniśmy otrzymać od 14 do 17 mln zł - dodaje Szwarc. Sprawa od kilku lat jest w sądzie. Inwestor bowiem zaskarżył wykonawcę. Przedstawiciele firmy Cosmar tłumaczą, że wstrzymanie rozliczeń z niektórymi podwykonawcami było uzasadnione ze względu na bardzo niską jakość prac. Jednym słowem pat. A hotel działa i ma się dobrze.
Stołeczna firma Instal kierowana przez Jana Czyżyka po "intratnym" kontrakcie z firmą Progres, głównym wykonawcą robót przy budowie biurowca Bluepoint, nie zbankrutowała tylko dzięki zapobiegliwości prezesa. Przez lata odkładał on zyski jako kapitał zapasowy. Kontrakt teoretycznie był bezpieczny, bo inwestor wpłacił pieniądze na konto w Banku Handlowym, który po zakończeniu inwestycji miał je przekazać generalnemu wykonawcy - spółce Progres. - Już w trakcie realizacji wiedzieliśmy, że Progres ma problemy z płynnością i poprosiliśmy bank o wstrzymanie przelewu, bo pieniądze mogą zniknąć - mówi Jan Czyżyk. Nie poskutkowało. Należność trafiła do Progresu, a tuż po tym sąd ogłosił postępowanie układowe. - W jego trakcie dług Progresu wobec nas zredukowano z 6 mln zł do 4 mln zł. Ale i tak dostaliśmy tylko milion - mówi Czyżyk. O resztę Instal walczy w sądzie. Proces ciągnie się już od trzech lat.
W podobny sposób firma Elektron ze Świętochłowic straciła blisko milion złotych podczas budowy poznańskiego centrum handlowego należącego do firmy King Cross. - Z jednym z wykonawców - francuską firmą SEICCF - podpisaliśmy kontrakt na wybudowanie efektownego zadaszenia wejścia. Pracowaliśmy nawet w Boże Narodzenie i w sylwestra, byle inwestor zdążył uruchomić sklep przed Wielkanocą. Zdążyliśmy, ale okazało się, że SEICCF ma kłopoty finansowe. Kontakt ze spółką urwał się, a my i kilka innych firm zostaliśmy bez pieniędzy - wyjaśnia Łukasz Bies, dyrektor finansowy Elektronu. Spółka King Cross twierdzi, że nie ma ze sprawą nic wspólnego. Reprezentujący ją Robert Bachłaj, tłumaczy, że jego firma także czuje się poszkodowana w tej sprawie. - Przez kłopoty firmy SEICCF musieliśmy dwa razy płacić niektórym podwykonawcom, a teraz próbuje się nas oskarżać o udział w tej sprawie - mówi Bachłaj i zapowiada skierowanie pozwu przeciwko spółce Elektron. Z firmą SEICCF nie udało nam się skontaktować.
Z kolei Przedsiębiorstwo Robót Drogowych z Nowogardu straciło 600 tys. zł podczas budowy drogi wojewódzkiej pod Szczecinem. Na generalnego wykonawcę zachodniopomorski urząd marszałkowski wybrał firmę Pedrin.
- W trakcie odbioru technicznego okazało się, że odcinki wykonane samodzielnie przez Pedrin mają wady. Urzędnicy odebrali prace warunkowo, i to tylko po to, by nie stracić rządowej dotacji - mówi Krzysztof Czura, prezes PRD Nowogard. Potem wyszło na jaw, że Pedrin nie ma pieniędzy na poprawki. - Musieliśmy je za nich wykonać. Oczywiście do dzisiaj nie dostaliśmy za to nawet złotówki - wyjaśnia Czura. Pedrin jest w stanie upadłości. Szanse na odzyskanie pieniędzy są więc niewielkie.
Katastrofą finansową dla niektórych podwykonawców zakończyła się też budowa warszawskiej siedziby DaimlerChrysler Automotive Polska. Firma Pawła Urbańczyka, która dostarczała materiały budowlane, zbankrutowała, bo nie otrzymała 500 tys. zł od jednego z podwykonawców, który także zbankrutował po tym, jak nie mógł wyegzekwować pieniędzy od generalnego wykonawcy - znanej niemieckiej firmy Zueblin. Urbańczyk nie ma wątpliwości, że padł ofiarą celowego działania. Jego i jego rodzinę utrzymują teraz znajomi, a on sam skierował sprawę do sądu i czeka na sprawiedliwość. - Wszelkie problemy wynikały z rozbieżności w wyliczeniu kosztów - mówi Robert Mojsak z firmy Zueblin Polska. Z częścią podwykonawców spółka zawarła ugody.
Rządzą inwestorzy
Przykłady takie można mnożyć w nieskończoność. - W Poznaniu firmy budowlane wiedzą, który z inwestorów lub wykonawców wymusza obniżenie kontraktu o 5 proc., a który o 8 proc. Patologia powoli staje się normą - mówi Przemysław Szymański. Skalę tego zjawiska trudno szacować, ale zdaniem Janusza Zaleskiego, współpracownika Szwarca, prawie każda duża inwestycja kończy się bankructwem kilku małych firm budowlanych. - Działamy na rynku, na którym rządzą inwestorzy - mówi krótko Szwarc. Możliwości przerobowe polskich firm budowlanych są wyższe niż popyt, więc o każdy przetarg toczone są zażarte boje. Na tym rynku najlepszy oznacza najtańszy, a przetargi wygrywają oferty skalkulowane poniżej kosztów. - Inwestor o tym wie i akceptuje to, że na takim kontrakcie ktoś straci - uważa Andrzej Basik, prezes upadającej firmy budowlanej Bud Era. Jego przedsiębiorstwo także nie może odzyskać uczciwie zarobionych pieniędzy. Metod na tak zdefiniowane oszczędzanie jest kilka (patrz ramka). Zawsze płacą za to podwykonawcy. Wprawdzie od roku polskie prawo ich chroni (bo przedsiębiorcy, którzy nie otrzymali od głównego wykonawcy zapłaty za wykonane i zaakceptowane od strony technicznej roboty, mogą dochodzić swoich praw zarówno od zleceniodawcy, jak i od inwestora), ale tylko na papierze. Praktyka pokazuje, że rozwiązanie to jest niewystarczające. Generalny wykonawca może na przykład "zapomnieć" wciągnąć kilka firm na listę podwykonawców, a to uniemożliwia działania windykacyjne wobec inwestora. Taki los spotkał na budowie King Crossu spółkę Elektron. - W dodatku King Cross przelał pieniądze na konto SEICCF, mimo iż wiedział, że firma ta ma kłopoty finansowe i grozi jej upadłość, a my uzyskaliśmy sądowe zabezpieczenie naszych należności - mówi Łukasz Bies.
Polskie sądy są niewydolne, procesy trwają latami, a ich wyniku też nie można być pewnym. Andrzej Basik wygrał niedawno taką sprawę, ale sam odwołał się od wyroku. Sąd przyznał mu bowiem odszkodowanie w wysokości 18 proc. poniesionych strat. Z firmą Zueblin w sądzie wygrała na razie tylko jedna firma.
Zdaniem Edwarda Szwarca, jedynym skutecznym rozwiązaniem prawnym, które zmobilizowałoby inwestorów do zadbania o finansową rzetelność wykonawców, jest stosowana od lat w USA i Kanadzie tzw. hipoteka kanadyjska. Dzięki niej na wniosek poszkodowanego podwykonawcy obciążona zostaje hipoteka wybudowanej nieruchomości. Jest to o tyle skuteczne, że znacznie utrudnia odsprzedanie nieruchomości. Takiego instrumentu prawnego na razie jednak w Polsce nie ma.
Najlepszym zabezpieczeniem pozostaje ostrożność w dobieraniu partnerów biznesowych. - Przed podpisaniem kontraktu sprawdzamy wyniki finansowe kontrahenta i przeprowadzamy wywiad na jego temat. Warto dotrzeć do przedsiębiorców, którzy ostatnio z nim współpracowali. Ich opinie są niezwykle cenne - wylicza Krzysztof Czura.
Andrzej Basik rozmowy o kontrakcie zaczyna od zaliczki. - Reakcja na to pytanie dużo mówi o nastawieniu inwestora - twierdzi. Przed podpisaniem umowy koniecznie trzeba oddać ją do wglądu prawnikowi i dokładnie policzyć, czy jest opłacalna. 90 proc. kontraktów to umowy ryczałtowe - takie jak ta, którą podpisał Matik. Dla zleceniodawcy robót są one wygodne, bo nawet jeżeli koszty budowy rosną, ponosi je podwykonawca.
Sytuacja na rynku budowlanym szybko się nie unormuje. Inwestorzy na co dzień walczą z rosnącą biurokracją, wielkie firmy budowlane bardzo powoli dźwigają się po trzyletnim kryzysie, a na rynku ciągle rządzi cena. Nie ulega wątpliwości, że dopóki na rynku usług budowlanych będzie znacząca przewaga podaży nad popytem, znajdą się firmy, które podejmą się realizacji podejrzanych umów. Co mają do stracenia?
Metody oszustwa
- Generalny wykonawca podpisuje wstępną umowę, naciąga podwykonawców na koszty, a tuż przed podpisaniem ostatecznego kontraktu wymusza obniżenie ceny o kilka procent, grożąc zerwaniem współpracy.
- Zakwestionowanie jakości usług - generalny wykonawca wstrzymuje wypłatę pieniędzy, powołując się na złą ocenę wykonanych prac. Wykorzystując kruczki prawne, w sądzie sprawę można przeciągać latami. Generalny wykonawca może także wezwać do wykonania poprawek inną firmę, a kosztami obciążyć pierwszego podwykonawcę. Może także naliczyć kary - nawet przekraczające wartość kontraktu.
- Sporadycznie zdarza się, że generalny wykonawca do obsługi kontraktu powołuje spółkę celową, która zamawia usługi budowlane, a po ich zakończeniu bankrutuje.
Przegrana w debiucie
Zgodnie z kontraktem Warbud miał zapłacić firmie Szymańskiego z góry ustaloną kwotę. - W trakcie budowy okazało się, że ilość stali w projektach i kosztorysach, które Matik otrzymywał od Warbudu, jest za mała. - Żeby skończyć budowę, musiałem wyłożyć 330 tys. zł na dokupienie stali, której zabrakło. Pieniędzy nie odzyskał do dziś.
Do tego doszły inne problemy. - Część robót, które mieliśmy wykonać, Warbud zrobił samodzielnie. Inwestor zakwestionował ich jakość, a nas zmuszono do zrobienia poprawek. Oczywiście na nasz koszt - wyjaśnia przedsiębiorca. Maciej Modrowski, od niedawna szef Regionu Zachód w Warbudzie, nie widzi problemu. - Firma Matik najpierw podpisała kontrakt, a potem policzyła, że jest to dla niej nieopłacalne. My nie mamy sobie nic do zarzucenia, wszystko odbyło się zgodnie z prawem - uważa Modrowski.
Inaczej sprawę ocenia Przemysław Szymański. - Mamy podstawy sądzić, że inwestor i generalny wykonawca chciał zrealizować inwestycję poniżej faktycznego kosztu wykonania. Można przypuszczać, że w projekcie celowo zaniżono wartość budowy. Brak właściwej dokumentacji ułatwił zadanie. Szymański utrzymuje, że Warbud szukał dla inwestora firmy, którą da się naciągnąć.
- Świadczy o tym chociażby to, że Warbud najpierw podpisał umowę z moją firmą, a dopiero potem parafował kontrakt z inwestorem - wylicza Szymański. Straty, jakie poniósł na budowie osiedla, oszacował na 660 tys. zł. Jego firma już nie istnieje.
Lista przebojów
- Takie postępowanie to standard
- sprawę Matiku kwituje Edward Szwarc, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa i prezes Instalexportu Warszawa, kiedyś dużej firmy budowlanej. Jego ciasne biuro przy ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie mieści się w gmachu z czasów gomułkowskich. Z okien widać niewiele, ale wystarczająco dużo, aby wskazać kilka budynków, których podwykonawcy zostali wystawieni do wiatru przez inwestorów albo głównych wykonawców. Tak było w przypadku jednego z biurowców TP SA. - To jest system kaskadowy. Inwestor zatrudnia generalnego wykonawcę, ten znajduje podwykonawców, a gdy przychodzi moment zapłaty, szuka pretekstu, by jej uniknąć - mówi Szwarc, nerwowo obracając w ręce wizytówkę. Za kilka dni czeka go walne zgromadzenie, a Instalexport ma akcjonariat pracowniczy. Jak twierdzi wiceprezes - wyjątkowo wymagający. Szwarc po raz kolejny będzie musiał tłumaczyć, jak to możliwe, że tak doświadczona firma zaplątała się w budowę hotelu Hyatt. Instalexport wykonał część nośną budynku, jednak Cosmar, włoski inwestor i powiązany z nim generalny wykonawca odmówili zapłaty. - Według różnych wyliczeń, powinniśmy otrzymać od 14 do 17 mln zł - dodaje Szwarc. Sprawa od kilku lat jest w sądzie. Inwestor bowiem zaskarżył wykonawcę. Przedstawiciele firmy Cosmar tłumaczą, że wstrzymanie rozliczeń z niektórymi podwykonawcami było uzasadnione ze względu na bardzo niską jakość prac. Jednym słowem pat. A hotel działa i ma się dobrze.
Stołeczna firma Instal kierowana przez Jana Czyżyka po "intratnym" kontrakcie z firmą Progres, głównym wykonawcą robót przy budowie biurowca Bluepoint, nie zbankrutowała tylko dzięki zapobiegliwości prezesa. Przez lata odkładał on zyski jako kapitał zapasowy. Kontrakt teoretycznie był bezpieczny, bo inwestor wpłacił pieniądze na konto w Banku Handlowym, który po zakończeniu inwestycji miał je przekazać generalnemu wykonawcy - spółce Progres. - Już w trakcie realizacji wiedzieliśmy, że Progres ma problemy z płynnością i poprosiliśmy bank o wstrzymanie przelewu, bo pieniądze mogą zniknąć - mówi Jan Czyżyk. Nie poskutkowało. Należność trafiła do Progresu, a tuż po tym sąd ogłosił postępowanie układowe. - W jego trakcie dług Progresu wobec nas zredukowano z 6 mln zł do 4 mln zł. Ale i tak dostaliśmy tylko milion - mówi Czyżyk. O resztę Instal walczy w sądzie. Proces ciągnie się już od trzech lat.
W podobny sposób firma Elektron ze Świętochłowic straciła blisko milion złotych podczas budowy poznańskiego centrum handlowego należącego do firmy King Cross. - Z jednym z wykonawców - francuską firmą SEICCF - podpisaliśmy kontrakt na wybudowanie efektownego zadaszenia wejścia. Pracowaliśmy nawet w Boże Narodzenie i w sylwestra, byle inwestor zdążył uruchomić sklep przed Wielkanocą. Zdążyliśmy, ale okazało się, że SEICCF ma kłopoty finansowe. Kontakt ze spółką urwał się, a my i kilka innych firm zostaliśmy bez pieniędzy - wyjaśnia Łukasz Bies, dyrektor finansowy Elektronu. Spółka King Cross twierdzi, że nie ma ze sprawą nic wspólnego. Reprezentujący ją Robert Bachłaj, tłumaczy, że jego firma także czuje się poszkodowana w tej sprawie. - Przez kłopoty firmy SEICCF musieliśmy dwa razy płacić niektórym podwykonawcom, a teraz próbuje się nas oskarżać o udział w tej sprawie - mówi Bachłaj i zapowiada skierowanie pozwu przeciwko spółce Elektron. Z firmą SEICCF nie udało nam się skontaktować.
Z kolei Przedsiębiorstwo Robót Drogowych z Nowogardu straciło 600 tys. zł podczas budowy drogi wojewódzkiej pod Szczecinem. Na generalnego wykonawcę zachodniopomorski urząd marszałkowski wybrał firmę Pedrin.
- W trakcie odbioru technicznego okazało się, że odcinki wykonane samodzielnie przez Pedrin mają wady. Urzędnicy odebrali prace warunkowo, i to tylko po to, by nie stracić rządowej dotacji - mówi Krzysztof Czura, prezes PRD Nowogard. Potem wyszło na jaw, że Pedrin nie ma pieniędzy na poprawki. - Musieliśmy je za nich wykonać. Oczywiście do dzisiaj nie dostaliśmy za to nawet złotówki - wyjaśnia Czura. Pedrin jest w stanie upadłości. Szanse na odzyskanie pieniędzy są więc niewielkie.
Katastrofą finansową dla niektórych podwykonawców zakończyła się też budowa warszawskiej siedziby DaimlerChrysler Automotive Polska. Firma Pawła Urbańczyka, która dostarczała materiały budowlane, zbankrutowała, bo nie otrzymała 500 tys. zł od jednego z podwykonawców, który także zbankrutował po tym, jak nie mógł wyegzekwować pieniędzy od generalnego wykonawcy - znanej niemieckiej firmy Zueblin. Urbańczyk nie ma wątpliwości, że padł ofiarą celowego działania. Jego i jego rodzinę utrzymują teraz znajomi, a on sam skierował sprawę do sądu i czeka na sprawiedliwość. - Wszelkie problemy wynikały z rozbieżności w wyliczeniu kosztów - mówi Robert Mojsak z firmy Zueblin Polska. Z częścią podwykonawców spółka zawarła ugody.
Rządzą inwestorzy
Przykłady takie można mnożyć w nieskończoność. - W Poznaniu firmy budowlane wiedzą, który z inwestorów lub wykonawców wymusza obniżenie kontraktu o 5 proc., a który o 8 proc. Patologia powoli staje się normą - mówi Przemysław Szymański. Skalę tego zjawiska trudno szacować, ale zdaniem Janusza Zaleskiego, współpracownika Szwarca, prawie każda duża inwestycja kończy się bankructwem kilku małych firm budowlanych. - Działamy na rynku, na którym rządzą inwestorzy - mówi krótko Szwarc. Możliwości przerobowe polskich firm budowlanych są wyższe niż popyt, więc o każdy przetarg toczone są zażarte boje. Na tym rynku najlepszy oznacza najtańszy, a przetargi wygrywają oferty skalkulowane poniżej kosztów. - Inwestor o tym wie i akceptuje to, że na takim kontrakcie ktoś straci - uważa Andrzej Basik, prezes upadającej firmy budowlanej Bud Era. Jego przedsiębiorstwo także nie może odzyskać uczciwie zarobionych pieniędzy. Metod na tak zdefiniowane oszczędzanie jest kilka (patrz ramka). Zawsze płacą za to podwykonawcy. Wprawdzie od roku polskie prawo ich chroni (bo przedsiębiorcy, którzy nie otrzymali od głównego wykonawcy zapłaty za wykonane i zaakceptowane od strony technicznej roboty, mogą dochodzić swoich praw zarówno od zleceniodawcy, jak i od inwestora), ale tylko na papierze. Praktyka pokazuje, że rozwiązanie to jest niewystarczające. Generalny wykonawca może na przykład "zapomnieć" wciągnąć kilka firm na listę podwykonawców, a to uniemożliwia działania windykacyjne wobec inwestora. Taki los spotkał na budowie King Crossu spółkę Elektron. - W dodatku King Cross przelał pieniądze na konto SEICCF, mimo iż wiedział, że firma ta ma kłopoty finansowe i grozi jej upadłość, a my uzyskaliśmy sądowe zabezpieczenie naszych należności - mówi Łukasz Bies.
Polskie sądy są niewydolne, procesy trwają latami, a ich wyniku też nie można być pewnym. Andrzej Basik wygrał niedawno taką sprawę, ale sam odwołał się od wyroku. Sąd przyznał mu bowiem odszkodowanie w wysokości 18 proc. poniesionych strat. Z firmą Zueblin w sądzie wygrała na razie tylko jedna firma.
Zdaniem Edwarda Szwarca, jedynym skutecznym rozwiązaniem prawnym, które zmobilizowałoby inwestorów do zadbania o finansową rzetelność wykonawców, jest stosowana od lat w USA i Kanadzie tzw. hipoteka kanadyjska. Dzięki niej na wniosek poszkodowanego podwykonawcy obciążona zostaje hipoteka wybudowanej nieruchomości. Jest to o tyle skuteczne, że znacznie utrudnia odsprzedanie nieruchomości. Takiego instrumentu prawnego na razie jednak w Polsce nie ma.
Najlepszym zabezpieczeniem pozostaje ostrożność w dobieraniu partnerów biznesowych. - Przed podpisaniem kontraktu sprawdzamy wyniki finansowe kontrahenta i przeprowadzamy wywiad na jego temat. Warto dotrzeć do przedsiębiorców, którzy ostatnio z nim współpracowali. Ich opinie są niezwykle cenne - wylicza Krzysztof Czura.
Andrzej Basik rozmowy o kontrakcie zaczyna od zaliczki. - Reakcja na to pytanie dużo mówi o nastawieniu inwestora - twierdzi. Przed podpisaniem umowy koniecznie trzeba oddać ją do wglądu prawnikowi i dokładnie policzyć, czy jest opłacalna. 90 proc. kontraktów to umowy ryczałtowe - takie jak ta, którą podpisał Matik. Dla zleceniodawcy robót są one wygodne, bo nawet jeżeli koszty budowy rosną, ponosi je podwykonawca.
Sytuacja na rynku budowlanym szybko się nie unormuje. Inwestorzy na co dzień walczą z rosnącą biurokracją, wielkie firmy budowlane bardzo powoli dźwigają się po trzyletnim kryzysie, a na rynku ciągle rządzi cena. Nie ulega wątpliwości, że dopóki na rynku usług budowlanych będzie znacząca przewaga podaży nad popytem, znajdą się firmy, które podejmą się realizacji podejrzanych umów. Co mają do stracenia?
Metody oszustwa
- Generalny wykonawca podpisuje wstępną umowę, naciąga podwykonawców na koszty, a tuż przed podpisaniem ostatecznego kontraktu wymusza obniżenie ceny o kilka procent, grożąc zerwaniem współpracy.
- Zakwestionowanie jakości usług - generalny wykonawca wstrzymuje wypłatę pieniędzy, powołując się na złą ocenę wykonanych prac. Wykorzystując kruczki prawne, w sądzie sprawę można przeciągać latami. Generalny wykonawca może także wezwać do wykonania poprawek inną firmę, a kosztami obciążyć pierwszego podwykonawcę. Może także naliczyć kary - nawet przekraczające wartość kontraktu.
- Sporadycznie zdarza się, że generalny wykonawca do obsługi kontraktu powołuje spółkę celową, która zamawia usługi budowlane, a po ich zakończeniu bankrutuje.